camera_altARTYKULATOR.pl Cięty język. Bezwzględna analiza. Tylko sprawdzone informacje.
Background

Od Central Parku do Konstancina: Żebractwo w XXI Wieku

drwarlecki
Onegdaj największą przegraną – byłego już Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara (obecnie ministra sprawiedliwości) – była jego walka ze Zbigniewem Ziobrą (ówczesnym i równie niezatapialnym ministrem sprawiedliwości) o jedną z fundamentalnych gwarancji Europejskiej Konwencji Praw Człowieka: prawo do praktykowania najstarszego zawodu świata.

 

Nie, wbrew obiegowej opinii nie chodzi o prostytucję. Prostytutka to zawód wyuczony – i to całkiem dobry. Wiele moich koleżanek go uprawiało, więc naprawdę mam sporo do powiedzenia. Kurwienie się to już co innego – to wynik ewolucji cywilizacyjnej i kulturowej. Profesja wymagająca, oprócz predyspozycji fizycznych, także treningu, wiedzy i pewnej ulotnej teorii przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie.

Najstarszy zawód świata pojawił się raczej wcześniej – bo wynika z biologii. Jak to się mówi: instynktownie. Uprawiają go również organizmy stojące niżej od człowieka na drabinie ewolucji: mrówki, pingwiny i małpy. U zwierząt nazywa się to „zachowaniami błagalnymi”, u ludzi – żebractwem.

Nikt nie uczy nowo wyklutych jaskółek rozdziawiania dziobów, by rozczulić rodziców i dostać pająka czy glistę. Gdyby ptaki były ssakami, powiedzielibyśmy, że żebractwo wyssały z mlekiem matki.

W Polsce żebractwo nie jest legalne, ale też nie jest przestępstwem – to wykroczenie. Kodeks wykroczeń przewiduje za nie grzywnę do 1500 zł albo areszt. Uciążliwość kary jest więc niemała: w areszcie traci się dniówki, a na grzywnę i tak trzeba wyżebrać. Strata – podwójna.

Rzecznik Bodnar interweniował w tej sprawie dwukrotnie. A biorąc pod uwagę ciągłość internetowego przekazu – można powiedzieć, że permanentnie. Przez niemal cztery lata na stronie Rzecznika codziennie można było przeczytać apel:

„Najwyższy czas zlikwidować karalność żebrania.”

Konstytucyjne prawo do wyciągania ręki

Bodnar, lobbując za prawem do żebractwa, przytaczał argumenty, które warto przypomnieć.

„Zakazy żebractwa z 1971 roku wpisywały się w system wartości Konstytucji PRL z 1952 r. Ta głosiła, że praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela. Dziś Konstytucja nie zawiera już obowiązku pracy…”

„Fundamentalna zmiana ustroju politycznego Polski i towarzyszące jej przemiany ekonomiczno-społeczne sprawiły, że przepis ten (zakazujący żebraniny) stał się nieadekwatny do rzeczywistości. (…) Ciężko doszukać się dziś jego racjonalnego celu. Większość ‘sprawców’ to osoby ubogie, samotne, bez środków do życia i wsparcia ze strony rodziny.”

„Karalność żebractwa nieproporcjonalnie ingeruje w prawa i wolności jednostki.”

Rzecznik wielokrotnie powoływał się też na Europejską Konwencję Praw Człowieka i orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, które wyraźnie wskazują, że prawo do nieskrępowanego żebrania mieści się w katalogu praw człowieka.

Godność państwa nie przewiduje głodnych

Ziobro nie tylko nie podjął inicjatywy ustawodawczej. Ba! Nawet Bodnarowi nie raczył odpisać. I trzeba przyznać – w jakimś sensie to zrozumiałe. Trudno wyobrazić sobie, by jakiekolwiek ugrupowanie przy władzy odważyło się zalegalizować żebractwo. Taki gest byłby przecież równoczesnym przyzwoleniem na to wstydliwe zjawisko, a nade wszystko – politycznym przyznaniem się do klęski. Strzałem w wizerunkowe kolano. Otwartym ogłoszeniem własnej bezradności, jeśli nie głupoty. Nie bez znaczenia jest i to, że argumenty Bodnara mają łatkę pewnego infantylizmu – typowego dla prawniczej formy rozumowania. Oderwane od życia, zanurzone w czarno-białych przepisach, nieprzystające do świata pełnego niuansów. W pismach rzecznika trudno szukać wielowymiarowości, brakuje im polotu, brakuje ognia. A także tej jednej, metaforycznej szklanki zimnej wody, którą należało wylać na głowę dostojnego ministra, by zmusić go do realnej refleksji. Dziś Bodnar, już jako minister sprawiedliwości, ma wszelkie możliwości, by naprawić swoje wcześniejsze niepowodzenia w walce o „żebracze przywileje”. A my – rzecznicy mniejszości wszelakich – z przyjemnością mu o tym przypominamy.

Wolny rynek, wolna wola, wolne legowisko pod krzakiem

Doniosła jest rola żebractwa w kapitalistycznym systemie społecznym i moralnym – co doceni każdy, kto choć raz przechadzał się rankiem po nowojorskim Central Parku. Ach, te stada bezdomnych budzących się do życia! Wypełzających z kartonowych pudełek, wygrzebujących się z gnijących liści, które może i są wilgotne, ale ciepłe, a przede wszystkim – bezpieczne. O ile, rzecz jasna, nie przyjdzie konkurować o legowisko z jeżem. W tym porannym spektaklu widać prawdziwą witalność Stanów Zjednoczonych – kraju, gdzie obywatele powstają niczym z popiołów, by ruszyć w kierunku stacji metra i pod bankomaty, by tam praktykować żebr wolnorynkowy. Amerykański żebrak – podobnie zresztą jak hinduski, jeśli spojrzeć w stronę Azji – to nie Rumun z europejskiego stereotypu, podejrzewany z góry o chęć życia na cudzy koszt. Los kloszarda (czy raczej: buma) nie jest postrzegany jako wybór, lecz jako przeznaczenie. W społeczeństwie amerykańskich białych protestantów, które ufa Bogu – „In God we trust” – i obstaje przy istnieniu inteligentnego planu, widocznego ponoć w całej przyrodzie, żebractwo jest postrzegane jako część porządku rzeczy. Powinność niektórych obywateli. Może nawet obowiązek. Społeczna użyteczność żebractwa została w USA dostrzeżona już dawno. To jedyny kraj tej skali, w którym na przeważającym obszarze relacja między żebrzącym a jałmużnikiem nie podlega penalizacji. Amerykanie twierdzą, że żebractwo i bezdomność są konieczne dla zdrowego, prawidłowego rozwoju społeczeństwa. Są naturalnym narzędziem dyscyplinowania obywateli, motywacją do stałego wysiłku. Dowód na sens własnych poczynań – wychowani w filozofii sukcesu Jankesi widzą na każdym rogu ulicy. Żebracy przypominają im, że nic nie jest dane raz na zawsze. A doczesność nigdy nie jest na tyle zła, żeby nie mogła być jeszcze gorsza.

Niewidzialna ręka daje dolara

Kolejnym argumentem – rzec można: ideologicznym – jest wolnorynkowość, która w akcie miłosierdzia przybiera najczystszą, wręcz pierwotną formę. Widzisz człowieka proszącego o pomoc, który nie oferuje nic w zamian. Niczego nie daje. I wtedy pojawia się pytanie: ile to naprawdę warte? Jaka jest wartość tego momentu – w ramach wolnorynkowych reguł – od zera aż po całe twoje majętności? Żebrzący ma w tym układzie niepowtarzalną okazję: przekonać się o mocy rynkowej samego siebie w sobie samym. Skoro nic nie oferuje – to otrzymuje tyle, ile społeczeństwo uzna, że wart jest. Oto magiczna transakcja dokonana ręką niewidzialną. Czysta szkoła Hayeka. Stany Zjednoczone są państwem na tyle bogatym, by zjawisko bezdomności i żebractwa po prostu zlikwidować. Udało się to przecież społeczeństwom znacznie biedniejszym. Wystarczyłoby zbudować jeden lotniskowiec mniej. Ale – zasady to zasady! Pozbawienie obywatela możliwości bezinteresownej hojności, prawa do dawania jałmużny, byłoby aktem sprzeciwu wobec porządku rzeczy. Uderzeniem w tradycję wyrosłą z reguł natury. Stworzyłoby to pustkę. A ta – jak wiadomo – lubi być wypełniana. Czym? Chuj wie.

Bezużyteczność większa od zera

Kanadyjczycy próbowali rozwiązać problem żebractwa. I udało się – przynajmniej formalnie. Programy socjalne zlikwidowały bezdomność i żebractwo. Ale zabiły przy okazji coś jeszcze: spontaniczną wrażliwość społeczną. Niemożność spojrzenia autentycznemu nieszczęściu prosto w twarz odrealnia życie. Oddala nas od konkretu, od brudu, od prawdy. Bezdomnych nie wycofano, ale zamknięto ich w przytułkach, a w ich miejsce – na ulicach Ottawy, Ontario czy Quebecu – pojawiły się… automatyczni żebracy. Maszyny. Czerwone jak hydranty, wyglądające jak parkomaty. Można wrzucić monetę lub dwie i tym samym zaspokoić – albo rozniecić – naturalną potrzebę miłosierdzia, ofiary i hojności. Bez oczekiwania świadczenia zwrotnego. Nazywa się je tam „Ulicznymi licznikami życzliwości”. Odkąd uświadomiliśmy sobie utopijność realnego socjalizmu, który gwarantował każdemu pracę, pogodziliśmy się z istnieniem bezrobocia. I z tym, że w każdej społeczności znajdą się jednostki, które do pracy się po prostu nie nadają. Lepiej, żeby nic nie robiły. Jak się za coś wezmą, to popsują, zgubią, połamią – kierowane nieuświadomionym instynktem destrukcji. Niech pan, panie Ziobro, spojrzy w lustro. Od razu zobaczy pan kogoś takiego. Tym życiowym utracjuszom – którym przecież nie można odmówić prawa do istnienia – bezczynność jest najlepszą opcją. Ale muszą się z czegoś utrzymać. Jestem przekonany, że gdyby pan, panie Ziobro, pojechał do Bułgarii, założył ten kaszkiet, co go prezes nosi na głowie, ukląkł pod Soborem Aleksandra Newskiego w Sofii i udawał dziada proszalnego – odkryłby pan wreszcie punkt Archimedesowy swojego rzeczywistego powołania. Zmonetaryzowałby pan własną bezużyteczność. Która, choć zapewne niezupełna, to jednak większa od zera. Obecna władza, wywodząca się z klasy etatystów – ludzi żyjących całe życie z publicznych pieniędzy, nie znających ich prawdziwego źródła (które, niestety, nie znajduje się w NBP) – istnieje dzięki postawie żebraczo-roszczeniowej, rozpowszechnionej wśród obywateli. To właśnie ta mentalność – nastawiona wyłącznie na przetrwanie – buduje fundament ich władztwa. Rządzą dzięki frakcji społecznej mentalnych żebraków, których od wyjścia na ulicę powstrzymują już tylko zasiłki. Ale i te mają swoją moc, która w końcu się wyczerpie. A pokusa nie jest mała – według różnych szacunków to 200 do 500 zł dniówki. I wtedy Kaczyński – primo voto „Spieprzaj dziadu”, to po bracie – wyrzeknie się was. Kopnie brać żebrzącą w dupę. Przyłoży pałą, pierdolnie gazem pieprzowym, a potem wyrzuci na śmietnik. Dla niego żulernia, menelstwo, lumpiarstwo – to nie są ludzie. Jeśli są Polacy „gorszego sortu”, to wy jesteście dla niego co najwyżej człekokształtni. Subhumano. A zatem – zakładajcie związki zawodowe. W obecnych czasach to proste – wystarczy dziesięciu. Potem walczcie o pryncypia. Zanim przyjdzie wam bronić waszego zafajdanego życia w jego ostatniej, biologicznej formie.

ARTYKULATOR.pl

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy. Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

ARTYKULATOR.pl – Twoje nowe lustro Polski

Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)

Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Unfollow Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation