Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, – między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi.
Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to i tak Gierek robił po swojemu.
Nie miałem innej ojczyzny, więc musiałem kochać to państwo, które było. Choć, prawdę mówiąc, nie chciałbym już do tamtej miłości wracać. Bo co tu dużo mówić – Bogusław Linda, który uruchamiał dwucylindrowego malucha o zawrotnej pojemności 650 cm³ kijem od szczotki*, nie kojarzył mi się ani z Jamesem Bondem, ani z dumą narodową. Osobiście wolę tego Lindę w porszaku i garniturze – nawet jeśli ten garnitur, niestety, jest od Hugo Bossa.
Polska offline i bez aktualizacji
Te skojarzenia narzuciły mi się po kampanii wyborczej, w której karta antyeuropejskości została rozegrana z pełnym rozmachem. Znakomicie – i niestety wyraźnie – widać, że Unia przegrała tę narracyjną batalię. A to może oznaczać, że historia zatacza koło.
Polska znów może stać się czymś, czym już kiedyś była – państwem zamkniętym, upartym, samowystarczalnym głównie w propagandzie. Zamiast mercedesów – polonezopodobne Izery, składane z chińskiej blachy po puszkach po piwie. A w Zitau, na granicy z Zachodem, stanie zardzewiały szlaban z napisem: „Rzeczpospolita Samowystarczalna”. Obok tablica: „ZAKAZ WWOZU OBYCZAJÓW ZACHODNICH”. Za nią milicjant z paszportem, który nie jest twój, ale jego – i państwa.
Wbrew oczekiwaniom, nie będę oskarżał za ten stan Jarosława Kaczyńskiego i jego kohorty – bo to zrobią inni, bardziej kompetentni w tropieniu narodowego szaleństwa. Zajmę się bardziej tymi, którzy dopuścili się zaniedbania równie poważnego, choć mniej spektakularnego.
Między sukcesem a zapomnieniem
Mam tu na myśli Katarzynę Smyk, dyrektorkę przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, która wygląda tak:

1 Katarzyna Smyk
Oraz Piotra Wolskiego, kierownika Wydziału Prasowego, który wygląda tak:

2 Piotr Wolski
Oboje stanowią tzw. headquarters brukselskiej obecności w Polsce – czyli sztab ludzi, którzy mają za zadanie sprawić, by Unia Europejska miała twarz. Niestety twarz Unii kojarzy się co najwyżej z twarzą pana Wolskiego oraz tablicą przy szkole w gminie Michałowice, na której napisano, nie wprost, że Niemiec zapłacił za dach, a my możemy się cieszyć suwerennością, bo zrobiliśmy przetarg.
Prawda jest bowiem taka. Minęło już 20 lat obecności Polski w Unii Europejskiej. Dzięki tej obecności Polska wygląda dziś lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Niestety, świadomość tej „urody” i jej źródeł nie jest powszechna. Moglibyśmy ją wywnioskować z zaledwie trzech artykułów, które ukazały się w mediach głównego nurtu w ostatnich pięciu latach: „20 lat później. Polska w Unii: sukces mimo siebie” („Polityka”, 2024); „Bruksela w twojej gminie” („Newsweek”, 2022), trzeciego nie pamiętam.
Beneficjent numer jeden
Każdy z nich mówił o doniosłej roli, jaką odgrywa Unia – nie tyle w „naszym” świecie, co w nas samych. A ściślej mówiąc: o obecności Unii w Polsce, którą łatwo przeoczyć, bo stała się tak oczywista, że aż niewidzialna.
Dostaliśmy autostrady, po których można jechać szybciej niż furmanką, mosty, które nie kończą się w połowie rzeki, przedszkola z więcej niż jednym klozetem na grupę i kanalizację, która nie wpada do rowu w lesie.
Staliśmy się państwem z rekordową długością autostrad i dróg ekspresowych wybudowanych za pieniądze z Brukseli, które w praktyce pozwalają dojechać z Pcimia do Lizbony bez dziury w zawieszeniu.
Od 2004 roku Polska otrzymała ponad 250 miliardów euro, a wpłaciła ok. 80 miliardów. Bilans to ponad 170 miliardów na plusie. Jesteśmy zatem największym beneficjentem netto w historii Unii Europejskiej. Nikt jeszcze nie wyjął z europejskiego bankomatu tylu miliardów, wkładając z powrotem ułamek tej kwoty.
Mamy wolny handel – bez ceł, barier i rewizji celników – oraz wspólny rynek, który działa jak hipermarket, tyle że zamiast promocji na kiełbasę daje ułatwienia dla handlu i ochronę przed zalewem wynalazków z Chin. Jesteśmy liderem eksportu do wspólnego rynku bez ani jednej granicy celnej na wielu arenach. Sprzedajemy jabłka, meble, lodówki i pierogi do milionów Europejczyków, nie musząc za każdym razem tłumaczyć, co to jest faktura VAT w trzech egzemplarzach i dlaczego nasz towar pachnie cebulą.
Możemy studiować w Barcelonie zamiast w Siedlcach. Leczyć się w Berlinie bez kredytu i przeklinać obsługę we włoskiej restauracji bez opłat roamingowych. A nade wszystko: nie zostaliśmy samotną wyspą między Białorusią a Orbanem – a to też coś warte, nawet jeśli nie da się tego rozliczyć w złotówkach.
Pogarda w natarciu
Niestety takich relacji nie ma. Telewizja Republika i inne media ojca dyrektora malują obraz Unii Europejskiej jako monstrum z Brukseli, które kontroluje wodomierze w wychodkach i nadaje imiona świniom. Unia każe nam jeść humus, adoptować belgijskich rowerzystów i zamiast opłatka zajadać się gluten-free waflami. A na Wigilię mówić „Święta Zimowe”, bo Boże Narodzenie to przecież obraza uczuć niewierzących. Do tego ta cała neutralność klimatyczna! Do czego to podobne!? Ani starym kaloszem, ani wszystkim co się nie rusza napalić, bo Bruksela się obrazi i dopłat do cebuli nie da.
Według pana Nawrockiego Unia to elegancki pan w garniturze, który chce nam odebrać krowy i dać w zamian certyfikat na szczęśliwe życie bez mięsa i bez sensu.
Złem są również wspólne standardy prawne, które mają chronić konsumentów, środowisko, pracowników, jakość żywności i powietrza. Dzięki nim nie można dziś wpuścić na rynek szynki z trocin, budować bloków na torfowiskach ani zatrudniać dzieci do pakowania orzechów. A jednak te słuszności nazywa się importowanym „dyktatem Brukseli”, „zamachem na wolność” i „centralnym planowaniem z Zachodu”.
Mechanizm praworządności – w cywilizowanym świecie oznacza, że jeśli kraj chce korzystać ze wspólnego budżetu, musi przestrzegać wspólnych reguł gry. Nie, nie i jeszcze raz nie! Dla nawrockopodobnych to „szantaż”, „ingerencja” i „neokolonializm” a domaganie się niezależnych sądów jest zamachem stanu.
Swobodny przepływ osób i usług to dziesiątki tysięcy Polaków pracujących legalnie za granicą, prowadzących firmy w Hiszpanii, Niemczech, Holandii. Dokonaliśmy największej inwazji gospodarczej na zachód Europy w historii Polski. Jednak w rozumieniu pana Morawieckiego – nie. To „drenaż mózgów” albo „eksport taniej siły roboczej kłaniającej się Niemcowi podczas zbierania szparagów.”
Merytoryczna racja w oparach bełkotu
Nikt, kto powinien nie protestuje! Bruksela nie umie się bronić. UE nie ma dobrego PR-u w Polsce. Nie potrafi komunikować własnych sukcesów, bo uważa, że fakty mówią same za siebie. Urzędnicze miernoty, których nazwiska gdzieś już chyba wspomniałem, tylko rzucają w ludzi numerem dyrektywy. Najgorzej wychodzi im mówienie prostym językiem – bo każde zdanie zaczynają od „zgodnie z art. 127 ust. 2 TFUE”, a kończą pytaniem retorycznym o równowagę kompetencji między Komisją a Radą. W takich warunkach merytoryczna racja nie może obronić się sama.
Zwycięstwo narracji, że Unia Europejska – to totalitarny projekt narzucony przez lewaków, masonów i producentów krzywych bananów, wymuszający normy emisji, zakaz trzymania świni w wannie oraz przymus recyklingu, było nieuniknione.
Romans propagandy i hipokryzji
Oczywiście to jest hucpa – świadome przeinaczanie faktów na potrzeby partyjnej propagandy. Ci, którzy rzucają podobne kalumnie na Unię Europejską, doskonale wiedzą, że bez unijnej kasy nie byłoby ani programów socjalnych, ani tych wszystkich inwestycji, którymi potem chwalą się lokalni działacze z PiS-u, jakby to oni osobiście zarobili pieniądze na chodnik, szkołę i oczyszczalnię.
Wiedzą też doskonale, że Polskie rolnictwo bez unijnych dopłat rozsypałoby się błyskawicznie, niczym domek uciech podczas policyjnego nalotu. I wiedzą wreszcie, że bez obecności w strukturach Zachodu jesteśmy wobec wojny za naszą wschodnią granicą mniej więcej tak uzbrojeni, jak średniowieczny chłop z widłami wobec czołgu.
Oczywiście, dopóki to rozdwojenie jaźni pozostaje świadome, a Kaczyński powtarza jak mantrę, że Polexitu nie będzie, można co najwyżej kręcić głową nad obłudą pisowskich elit. Problem w tym, że ludzie już w to wierzą. A elity, jak wiadomo, nie są wieczne.
Z mózgami w szmacie
Za chwilę wyrosną nowi dwudziestoparolatkowie, którzy w dupie byli i gówno widzieli, ale mają premierowskie ambicje i mózgi wyprane przez profesor Pawłowicz, która przekonała ich, że flaga Unii to niebieska szmata. To oni będą chcieli zmian. Poprowadzą „całą Polskę naprzód”, choć nie bardzo wiadomo dokąd, skoro od tysiąclecia jesteśmy dokładnie tam, gdzie byliśmy – między Niemcami a Rosją.
Ale polskie społeczeństwo to naród, który najpierw się obraża, potem modli, potem głosuje na własnych ciemiężycieli, a potem pyta z pretensją w głosie: „Dlaczego jest źle?”
* Wczesne modele “malucha” nie miały stacyjki, a jedynie manetki połączone z przepustnicą i dźwignią rozrusznika stalowymi linkami. Linki te miały skłonność do pękania. Wówczas, aby uruchomić samochód, należało podejść do niego od tyłu, otworzyć pokrywę silnika i posłużyć się czymś do popchnięcia dźwigni rozrusznika. Idealnym narzędziem okazywała się szczotka z krótkim, drewnianym trzonkiem, którą każdy szanujący się kierowca Fiata 126p woził ze sobą. Nawiasem mówiąc, Linda uruchamiał “malucha” tą właśnie metodą w filmie “Kroll”, o ile mnie pamięć nie myli.
Oznaczono jako :
Polska w UE
O Autorze :
O Autorze :
Ruben Jary
Byłem redaktorem naczelnym w kraju za Odrą. Szydziłem z każdej władzy, piętnowałem obłudę kleru i możnych tego świata. Nie brakło mi przez to wrogów, ale i czytelników. Moje felietony, cierpkie jak stary ocet, były kubeł zimnej wody na rozpalone głowy. I dalej będę pisał, bo prawda nie zna emerytury – choćby do śmierci, a może i dzień dłużej.
Świński raj, ludzkie piekło
Zatem zamierzam znokautować humanizm, dać kopniaka w krocze człowieczeństwu i prztyczka w nos cywilizacji. Patrzysz na grill. Kiełbasa się skwierczy, kaszanka paruje, tłuszcz ścieka na rozżarzone węgielki. I nie wiesz, że to, co właśnie przypalasz – jeszcze niedawno było szczęśliwsze niż ty. Nie tylko dlatego, że świnia nie miała planu na życie. Nie tylko dlatego, że nie pisała doktoratu i nie znała Rilkego i nie rozróżniała wina wytrawnego od półsłodkiego. Ale dlatego, że jej mózg działał tak, jak powinien działać mózg. Czyli: zgodnie z rzeczywistością. Szczycimy się, że jesteśmy koroną stworzenia. Że mamy największe mózgi w znanym wszechświecie. Statystycznie – nasz jest około siedmiu razy większy niż mózg świni. Ale czy to naprawdę powód do dumy? A może właśnie w tym leży problem? Czy nie jest to wybryk natury – ba choroba podobna do nadwagi albo wodogłowia czy przerostu innych […]
Ruben Jary 2025-06-30
Krzywy banan, prosty krętacz
Urodziłem się w kraju, w którym świat zaczynał się za szlabanem w Świecku, a kończył na przydziale z MHD („papier toaletowy był rano”). W kraju, gdzie wyjazd za granicę był luksusem zarezerwowanym dla zaufanych, a paszport spoczywał na komendzie, w szufladzie, - między kajdankami a formularzem SB. W kraju, gdzie dzieci notabli nosiły jeansy z RFN, a dzieci nauczycieli chodziły w ortalionie z Łodzi.Urodziłem się w kraju, który karmił się frazesami o pokoju i przyjaźni między narodami z jednej strony, z innej szykował inwazję na Danię. Ale kredyty brał w Deutsche Banku i marzył o Pontiaku z plakatu. W kraju, gdzie na akademiach recytowano Breżniewa przy dźwiękach Lennona, a w partyjnych Pewexach, dolary miały większą wartość niż ideały. W kraju, który ponoć był suwerenny, ale pytał Moskwę o zgodę na każdy krok, chociaż nawet jak jej nie uzyskiwał to i […]
Ruben Jary 2025-06-16
Zajebiście upadamy
Mówią, że człowiek to dwunożna, nieopierzona istota.Bzdura! Prawdziwym wyróżnikiem jest gadanie. Jeśli coś gada, to człowiek – proste. A skoro już o gadaniu, to ci, którzy robią to po polsku, to już w ogóle inna liga. Wyobraźcie sobie taką małpę człekokształtną, która duka coś w suahili. Ot, małpa. Ale małpa, która recytuje Mickiewicza? Toż to cud natury! Polszczyzna czyni nas wyjątkowymi, choć czasem sami sobie zaprzeczamy.Możemy narzekać na obcych, którzy przez wieki zatruwali nam życie, ale za stan naszej polszczyzny odpowiadamy sami. Ewolucja czy regres? Oto jest pytanie. Profesor Miodek, człowiek zdawałoby się liberalny, znienawidził słowo „zajebiście”. Obrzydliwe – grzmi profesor – i pochodzi od paskudnego czasownika na „j”. Aż ciarki przechodzą. Przyznam, że zdumiała mnie ta miodkowa furia. Nazwisko zobowiązuje do łagodności, a tu taka awersja do słowa, które przecież zawdzięcza istnienie czynności, bez której i sam profesor by […]
Ruben Jary 2025-04-14
Rozwinąć skrzydła!
Doradca prezydenta Andrzej Zybertowicz stwierdził, że rezygnacja z Centralnego Portu Komunikacyjnego byłaby, jak odwrócenie się tyłem do polskiej flagi. Donald Tusk, wyraził sceptycyzm wobec CPK. Marcin Horała, stary pełnomocnik rządu ds. CPK ujawnił, że lotnisko jest szansą na rewolucję w polskim transporcie lotniczym i cargo. Maciej Lasek, nowy pełnomocnik nowego rządu ds. CPK, stwierdził, że nie ma mowy o wyrzuceniu projektu do kosza. Hanna Gronkiewicz-Waltz uważa, że "nigdzie na świecie nie buduje się już wielkich lotnisk, bo się nie opłaca". Kaja Puto z Krytyki Politycznej, reportażystka, wyraziła mieszane uczucia na temat CPK. Zbigniew Hołdys nie opublikował jeszcze na temat felietonu w „Newsweeku” ale to zapewne dlatego, że po prostu właśnie go pisze. Nie zapytano Bogusława Lindy o stanowisko w sprawie - co i szkoda. Na opiniach Lindy, w każdej kwestii można wszak polegać, jak na japońskim rozkładzie jazdy pociągów. Nie […]
Ruben Jary 2025-04-11
Kontrola totalna, efekt żaden, miliony w plecy
Zacznijmy od krótkiej zagadki: która trzyliterowa instytucja, historyczna lub współczesna, miała bądź ma następujące prerogatywy?Brak nadzoru sądowego i prokuratorskiegoMasowy dostęp do danych obywateliMożliwość prowadzenia ukrytej inwigilacjiKontrole terenowe bez nakazu i zgody sąduMonitorowanie podróży i aktywności bez zgody obywatelaWeryfikacja medyczna bez zgody pacjentaWspółpraca z finansjerą i aparatem skarbowymAutomatyczna analiza wyłapująca „podejrzane” osobyMożliwość karania obywateli bez procesu sądowego?Czy to FBI pod rządami Edgara Hoovera, Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego (MBP) pod batutą Józefa Różańskiego, północnokoreańska policja polityczna MSS Kim Dzong Una, czy może KGB?Zadałem to pytanie sztucznej inteligencji – amerykańskiemu ChatGPT i chińskiemu DeepSeek. Ich odpowiedzi były trafne, choć niejednoznaczne, ale wśród propozycji pojawiła się właściwa. • Instytucją, o którą chodzi, jest ZUS – Zakład Ubezpieczeń Społecznych Powód moich dociekań jest istotny. Rzecznik prasowy ZUS, Wojciech Dąbrówka, ogłosił na amerykańskiej platformie „X” (co za ironia – polski urzędnik państwowy komunikuje się ze społeczeństwem za pośrednictwem prywatnej, […]
Ruben Jary 2025-03-18
Willkommen w dorosłości frajerzy
Pracuj, płać rachunki, umieraj Jako młody człowiek pracowałem dla pieniędzy, sławy i idei. Oczywiście nie jednocześnie – aż tak ambitny to nie byłem. Każda praca miała swój Leitmotiv. Dziś młodzi nie są tak prości w motywacjach – oni tyrają dla prestiżowego CV. Zamiast zbierać doświadczenia, kolekcjonują załączniki do życiorysu, które – w przeciwieństwie do mnie – nie dymią w popielnicy.Ostatnio dziewczyna pracująca u mnie w domu jako – nazwijmy to elegancko – gosposia poprosiła o świadectwo pracy. „Czy może pan napisać 'menedżer rezydencji'?” – zapytała. A czemuż by nie! Poszedłem nawet dalej: „menedżer generalny zespołu rezydencji”. Niech ma. W końcu zaczynała jako sprzedawczyni w warzywniaku – czytaj: „Menedżer sprzedaży, branża spożywcza”.Posiada ona licencjat z menedżerstwa i studiuje organizację i zarządzanie. A więc jej kariera rozwija się dokładnie zgodnie z wykształceniem! Może powinienem jeszcze dopisać, że z narażeniem życia godziła pracoholizm […]
Ruben Jary 2025-03-10