camera_altARTYKULATOR.pl Cięty język. Bezwzględna analiza. Tylko sprawdzone informacje.
Background

Bitwa o macicę trwa

Paweł Szpot, luminarz Instytutu Badań Toksykologicznych, zapewne z grymasem politowania, a może i z nutą perwersyjnej satysfakcji,  zapoznał się z artykułem w “New York Timesie”.  Gazeta ta, ze swadą godną plotek z magla, rozpisywała się o jego nowatorskiej metodzie wykrywania aborcji farmakologicznej.  Oczywiście,  każdy naukowiec marzy o takiej reklamie, ale “Times” rzadko zniża się do poziomu prowincjonalnych odkryć. Tym razem jednak uczynił wyjątek,  roztaczając przed czytelnikami wizję chromatografii cieczowej, niczym Świętego Graala ginekologii sądowej.  Zjadliwie zauważono, że badania sfinansował polski rząd,  ten sam, który z lubością wsadza kobiety do więzień za próbę decydowania o własnym ciele.  “Times” nie omieszkał wspomnieć o kontekście politycznym, malując obraz Polski jako kraju opanowanego przez religijnych fanatyków.


Czy doktor Szpot podziela tezę “Timesa”?  Tego nie wie nikt. W swoim lakonicznym opisie metody,  zamieszczonym w szwajcarskim periodyku “MDPI”,  naukowiec unika odpowiedzi na niewygodne pytania.  Milczy na temat motywacji,  które skłoniły go do podjęcia badań nad tak kontrowersyjnym zagadnieniem. Czyżby działał na zlecenie Kaczyńskiego,  a może prezes i Episkopat jedynie cynicznie wykorzystali jego odkrycie? A może doktor Szpot,  kierowany litością, postanowił ułatwić pracę organom ścigania,  które,  nie ma co ukrywać,  z niesmakiem podchodzą do spraw aborcyjnych?  Tajemnica ta, niczym  zaszyfrowany kod,  czeka na swojego  rozszyfrowanie.

• Szpot, chaos i ironia losu

Wywody Szpota przypominają plątaninę sprzecznych zeznań.  Tłumaczy się mętnie,  bez ładu i składu.  Twierdzi,  że jego metoda ma zapobiec  rozprzestrzenianiu się  niesprawdzonych środków poronnych.  Argument  ten  jest  absurdalny.  Po pierwsze,  badanie kobiet pod kątem  zażycia takich środków jest w Polsce nielegalne. Po drugie,  samo zażycie  nie jest  karalne.  Dowody  zebrane  dzięki  metodzie  Szpota  nie miałyby  żadnej  wartości  w sądzie.  Absurd goni absurd.  Organy ścigania  mogłyby co najwyżej  tropić  dostawców  leków poronnych,  ale  po co  w tym celu  badać  kobiety?  Wystarczy  zajrzeć do internetu.

A teraz  pomyślmy  inaczej.  Załóżmy,  że  Szpot  jest  wrogiem  PiS-u.  “New York Times”  rozpętał  burzę,  media  na całym świecie  podchwyciły temat,  a  w Polsce  wybuchł skandal.  Informacja  o  nowej  metodzie  wykrywania  aborcji  dotarła  do  kobiet  tuż przed wyborami.  Efekt?  Tylko  13 proc.  kobiet  w wieku  rozrodczym  zagłosowało  na  PiS.  Najmniej  ze  wszystkich  partii.  Czyżby  spór o aborcję,  rozpętany  dzięki  “odkryciu”  Szpota,  stał się  gwoździem  do  trumny  Kaczyńskiego?  Możliwe.  Wszak  ironia  losu  bywa  bezlitosna.

• Największy błąd PiS

Gdy wszyscy kłamią, rzeczywistość zamienia się w teatr. W sporze o aborcję każda ze stron jest oszczędna w prawdzie, wybierając jedynie te fakty, które potwierdzają jej stanowisko.

Środowiska pro-life (przeciwnicy aborcji) uważają, że problem jest ogromny, bo rocznie zabija się około 7–8 tysięcy nienarodzonych dzieci. Zwolennicy aborcji twierdzą natomiast, że sytuacja jest znacznie gorsza – wręcz katastrofalna. Przykładowo, Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny podaje, że w Polsce przeprowadza się nawet 200 tysięcy nielegalnych aborcji rocznie. To jednak argument obosieczny, bo rozsądni ludzie – zarówno z lewej, jak i prawej strony sceny politycznej – zgadzają się co do jednego: aborcja jest złem. Różnią się jedynie w ocenie, czy powinna być dopuszczalna prawnie, czy zakazana. Radykalni zwolennicy aborcji zdają się ignorować ten fakt, forsując narrację o setkach tysięcy kobiet ryzykujących życie, poddając się zabiegom w rzekomo „rzeźnickich” warunkach.

Tymczasem poza szacunkami, opartymi na niejasnych danych, nie mamy twardych liczb. Jeśli jednak zaufać statystyce i prawu wielkich liczb, sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

W 1993 roku, kiedy w Polsce można było jeszcze legalnie przeprowadzić aborcję na życzenie, liczba takich zabiegów wyniosła 1 240 – przy porównywalnej liczbie ludności. Od tamtej pory liczba legalnych aborcji spadała. Można przypuszczać, że skala nielegalnych zabiegów nieco wzrosła, ale nie tak drastycznie, jak sugerują niektóre źródła.

Według danych policyjnych z 2020 roku (po zaostrzeniu przepisów i orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, które dodatkowo ograniczyło dopuszczalność aborcji), liczba stwierdzonych przypadków nielegalnych zabiegów wyniosła 200.

Nie będzie więc wielkim błędem założenie, że realna liczba aborcji w Polsce to około 1 500 rocznie. Dane przytaczane przez obie strony są przeszacowane o tysiące procent. Biorąc pod uwagę, że każdego roku w Polsce w ciążę zachodzi 347 tysięcy kobiet, trudno mówić o aborcji jako o masowym zjawisku społecznym.

• Prawo wyboru, a nie aborcja, jest sednem sporu

Podnoszenie tej kwestii do rangi kluczowego problemu wydaje się raczej kwestią polityczną, medialną i socjologiczną. Tego, zdaje się, Kaczyński i jego otoczenie nie zrozumieli dostatecznie dogłębnie – na własną zgubę.

Sedno sprawy nie leży w samych skrobankach,  a w prawie do ich dokonywania.  Te  setki tysięcy kobiet z czarnymi parasolkami  nie  walczą o aborcję,  ale o  wolność wyboru.  Większość z nich  i tak chce mieć dzieci,  nawet te  “przypadkowe”.  Zakaz aborcji  to policzek,  obelga,  próba  ubezwłasnowolnienia  połowy społeczeństwa.  Jeszcze  gorsze  jest  nazywanie  poronienia  “zabójstwem”.  To  potworna  krzywda  dla  tysięcy  kobiet,  które  co  roku  tracą  ciążę  z  przyczyn  naturalnych.  PiS,  próbując  przypodobać  się  Kościołowi,  wbił  im  nóż  w  plecy,  obciążając  je  traumą  “zabójczyń”.  Ta  psychogenna  presja  to  skandal.  Kobiety  zawsze  znajdą  powód,  by  obwiniać  się  za  utratę  ciąży.  PiS,  zamiast  wspierać,  wszczepia  im  paranoję.  To  miał  być  polityczny  sukces,  a  skończyło  się  katastrofą.

• To się nigdy, nikomu i nigdzie nie udało

Ponad stuletnie próby rządów w zakresie zarządzania tempem wzrostu populacji lub jego kontroli – które same w sobie są nieludzkie, bo zakładają, że jakaś władza ma prawo decydować, czy ktoś może mieć potomstwo – dowodzą, że to przedsięwzięcie skazane na porażkę.

Nie udało się to również PiS-owi. Ani poprzez restrykcyjne stanowisko antyaborcyjne, które teoretycznie mogłoby wymusić wzrost liczby urodzeń, ani nawet poprzez sztandarowy program „500+”, który – niezależnie od tego, jaka była jego rzeczywista filozofia – okazał się klęską. Nie tylko faktyczną, bo przyrost naturalny spadł, ale także moralną. Bo próbować „przekupić” ludzi kilkuset złotymi, aby zdecydowali się na dziecko? To etyczne dno, moralny daltonizm, nowa forma prostytucji.

Próby wpływania na dzietność nie są jednak nowym pomysłem. W latach powojennych, w 1957 roku, kiedy Polska mierzyła się z depopulacją po II wojnie światowej, ówczesny minister finansów Tadeusz Ditrich – człowiek o mentalności komornika – wprowadził tzw. „bykowe”. Był to podatek za brak dzieci, który teoretycznie zwiększał wymiar daniny o 20 proc. W praktyce jednak na rozrodczość nie wpłynął, głównie dlatego, że w PRL-u mało kto w ogóle miał świadomość płacenia podatków. Państwo naliczało je odgórnie, a wynagrodzenia rozliczano na podstawie niejasnych pasków wypłat, których przeciętny obywatel i tak nie rozumiał. W efekcie, choć w ciągu dekady obowiązywania „bykowego” populacja kraju wzrosła, dzietność kobiet pozostawała niższa niż przed wojną.

Podobnie nieskuteczne były wszelkie ekonomiczne zachęty w Europie. Niemcy i Dania próbowały bezpośrednich dotacji, Francja stawiała na ulgi podatkowe, a Szwecja na rozbudowane programy socjalne. Efekt? Żaden. Paradoksalnie, wzrost standardu życia wydaje się osłabiać popęd prokreacyjny zamiast go stymulować.

• Daremne próby kontroli urodzeń

A co z próbami ograniczania liczby urodzeń? Tu również porażka. Chiny, wprowadzając słynne prawo jednego dziecka i sankcjonując dodatkowe potomstwo podatkowo, zaszkodziły głównie tym rodzinom, które już i tak nie miały środków na utrzymanie dzieci. Obecny przyrost naturalny Chin – porównywalny z Wielką Brytanią i Francją – nie jest wynikiem kontroli urodzeń, ale poprawiających się warunków życia. A te, wbrew narracji byłego premiera Morawieckiego, mają niewiele wspólnego z polityką gospodarczą państwa.

Podobnie fiaskiem zakończyły się programy odpłatnej sterylizacji w Pakistanie i Bangladeszu. Nie miały one żadnego wpływu na dzietność, mimo że tysiące ludzi poddało się zabiegom. Okazało się jednak, że sterylizacji poddawali się głównie ci, którzy i tak nie mieli faktycznego potencjału prokreacyjnego – ponieważ płacono za sam zabieg, nikt nie sprawdzał wcześniej, czy kandydat na ojca lub matkę w ogóle jest do tego zdolny.

Władza nie ma więc żadnej realnej kontroli nad liczbą urodzeń. Nawet gdyby w Polsce wprowadzono zakaz sprzedaży prezerwatyw pod groźbą kary 1 500 zł, a ich zakup na czarnym rynku traktowano jak wykroczenie, nie doprowadziłoby to do nagłego wzrostu populacji. Rocznie około 90 milionów ejakulacji kończy w lateksie – ludzie i tak znaleźliby inne sposoby (anal, oral, Pornhub…).

Matematycznie nie istnieje żadna korelacja między polityką demograficzną a rzeczywistymi zmianami w demografii. I bardzo dobrze! To dowód na to, że świat jeszcze całkiem nie oszalał – nawet jeśli rządzą nim szaleńcy.

• Watykańska zagadka: Czy duchowni rozmnażają się przez pączkowanie?

Zgodnie z oficjalnymi danymi Watykanu, przyrost naturalny w tym państwie wynosi dokładnie 0,00 proc. Na pierwszy rzut oka wydaje się to potwierdzać, że duchowni zatrudnieni przez papieża – którym z założeń doktrynalnych i eschatologicznych nie wolno mieć dzieci – rzeczywiście ich nie mają.

Tyle tylko, że te same dane sugerują również, iż watykańscy duchowni… nie umierają.

Bo gdyby faktycznie umierali, to przyrost naturalny musiałby być ujemny, a nie – jak w statystykach – idealnie zerowy.

Rozumiecie, o co mi chodzi?

 

ARTYKULATOR.pl

Dociekamy. Słuchamy. Podglądamy. Analizujemy. Śledzimy. Wysławiamy. Krytykujemy. Komentujemy.

Wtrącamy się w nie swoje sprawy. Poszukujemy głębszego sensu i drugiego dna.

Wielostronnie i obiektywnie. Z najwyższą starannością.

Używamy dorobku wszystkich odważnych myślicieli, aby dojść tam, gdzie jeszcze nikogo nie było.

Rozbijamy barykady zamkniętych umysłów.

Podajemy prawdę tam, gdzie inni chowają ją za zasłoną banałów.

ARTYKULATOR.pl – Twoje nowe lustro Polski

Ostrze analizy. Impuls zmiany.

Wydawca: Fundacja Czwarta Władza (F4W)

Siedziba: Warszawa

KRS: 0001172803 NIP: 5214117765 REGON: 541732862

Login to enjoy full advantages

Please login or subscribe to continue.

Go Premium!

Enjoy the full advantage of the premium access.

Stop following

Unfollow Cancel

Cancel subscription

Are you sure you want to cancel your subscription? You will lose your Premium access and stored playlists.

Go back Confirm cancellation